Słońce paliło doszczętnie już wysuszoną ziemię, a nad miasteczkiem unosił się ten złowieszczy fetor. To miliardy krów na Ziemi stłoczone w ciasnych kojcach, wyją o coś. Każda do brzucha podłączone miała jakieś węże. Wpijały się w ich ciała, i ssały; ssały… ssały… – tak dzień po dniu; chyba w nieskończoność. Co jakiś czas przychodził do nich lekarz i dawał im zastrzyk.

– Co było w tej strzykawce, mamo?

– Tam były lekarstwa córeczko.

– Te krowy były chore?

– Tak.

– A na co?

– Te węże wyssały z nich całe życie.

– To pan doktór przyszedł dać tym krowom nowe życie?

– Nie, moje dziecko. On powstrzymywał stare, żeby za szybko nie odeszło.

– A dlaczego ono chciało odejść?

– Bo je bardzo bolało, córeczko.

– Mamusiu, ja ciebie też tak ssałam?

– Nie, kochanie. Ty dawałaś mi tylko wytchnienie.

Wstała, odłożyła książkę, założyła na nogi buty i powiedziała: – A teraz daj mi rączkę. Pójdziemy na skraj lasu. Tam jest piękna łąka i ogród pełen pnących się w górę cywilizacji kwiatów. Kwiatów, nowego życia.

– Dla krowy?

– Nie, kochanie. Dla nas. Urodzą się z nich małe kulki. Potem wyschną i zerwiemy je…

Przepis

Wstęp do przepisu

Od polskich władz domagamy się – gdzie tylko można: w komentarzach pod art., petycjach, na ulicy… – kontroli sanepidu, na zawartość glifosatu (środek chwastobójczy) w żywności którą kupujemy w sklepach, a na cyfrowej wadze kuchennej, ważymy 115 gr. ziaren soi. Najlepiej kupionej w sklepie ze zdrową żywnością, który zagwarantuje nam że niniejsza soja jest z polskiej plantacji. Broń Boże z kraju Kanada (GMO), co często piszę małymi literami na etykiecie. Ja używam gatunku soi okrągłej. Daje ona ładny biały kolor i zapach najprawdziwszego mleka. Tak na marginesie: ten zapach, to zapach pełnowartościowego białka, które się dość mocno pieni, co będzie nam trochę przeszkadzać.

     Soję przesypujemy na durszlak, płuczemy pod bieżącą wodą, i wsypujemy do szklanej miski. Zalewamy wodą z kranu, tak aby przykryła ona – co najmniej – czterokrotnie wysokość zawartości ziarna. Odstawiamy na noc.

Miksowanie na pakę

Po 10 godzinach moczenia – góra 15 g. bo zacznie kwaśnieć – wylewamy zawartość miski na durszlak i znowu płuczemy. Tym razem, dokładnie płuczemy.

Namoczoną soję wsypujemy do blendera kielichowego i zalewamy wodą. Ale uwaga: tylko jakiś centymetr ponad powierzchnię ziarna. Jeżeli za dużo od razu wlejemy, to blender nam jej dobrze nie zmieli. Uruchamiamy na maksymalne obroty, najlepiej z „pulsem” do mielenia lodu, i jak zobaczymy że już zrobi się zbyt gęsta papka, dolewamy – stopniowo – następną porcję. Aż dojdziemy do ponad połowy kielicha. Wtedy dolewamy resztę wody do pełnego kielicha – 1500 ml nie więcej – uruchamiamy minimalne obroty (żeby się zbyt mocno nie spieniło), aż do wymieszania całości. Wody powinno być zawsze więcej, co trudno odmierzyć, bo zawartość pulpy się dodatkowo pieni. Powinno być jej też więcej, bo ma to znaczenie przy późniejszym filtrowaniu.

Ekstrakcja

Teraz szykujemy dwa garnki: jeden duży, drugi mniejszy, tak aby jeden w drugi się zmieścił. Jednym słowem szykujemy t. zw. łaźnie wodną. Ja, jako tego garnka w który wlewa się pulpę sojową, używam małego 4 L szybkowaru. Jest on szczelny, co zapobiega wykipieniu tej przeklętej piany.

Zanurzamy zamknięty garnek z soją w drugim garnku z wodą, uruchamiamy palnik, i od chwili gdy woda zacznie się na dobre gotować, zmniejszamy gaz i nastawiamy minutnik na około 50 minut.

Gdy minutnik zadzwoni, wyciągamy garnek z pulpą sojową i odstawiamy aż ostygnie. Ostygnie na tyle, żeby było jeszcze mocno ciepłe. Uwaga: Gdy jest za zimne, za bardzo gęstnieje, co powoduje zatykanie filtra.

Filtrowanie

Do garnka wkładamy duże sito. Na nie, rozkładamy filtr. Co ważne: Nie powinna to być żadna pielucha, albo gaza, czy pończocha. Takie wynalazki się tylko zamulają okarą i nawet ich wyprać nie można. Do filtrowania stosujemy bardzo cieniutkie poliestrowe płótno z tak małymi oczkami, że z pewnej odległości przypomina ono folię.   Takie płótno można z łatwością nabyć w sklepie winiarskim lub markecie narzędziowym w dziale aranżacji wnętrz. Niektóre firany zrobione są z takiego materiału. Ten materiał jest bardzo wytrzymały na zrywanie/skręcanie. Metrowy kwadrat tkaniny obcinamy tak żeby powstał okrąg i obrzucamy wkoło gęstym ściegiem zygzakowym, żeby nie najeść się potem nitek.

Wlewamy na filtr pulpę sojową i robimy z filtra woreczek tak jak na grafice

Następnie, trzymając od góry i dołu skręcamy i zduszamy woreczek z pulpą, tym samym oddzielając okarę od mleka. Ile się da. Siatka filtra jest dość mocna, także spokojnie… Ale przesadzać też nie można: zależy jaką kto ma mocną rękę. Lepiej dać sobie trochę czasu na odsączenie.

Odparowanie

Z oddzielonego od okary mleka, można później odgotować pewną część wody. Tak żeby zostało tylko około 1 L mleka; które jest prawie czystym wysokiej jakości białkiem (Uwaga: to kipi!). Ale nie jest to konieczne. Wszystko zależy do czego zastosujemy to mleko. Jeżeli ma ono być przeznaczone na ser albo jogurt, lepiej pozbyć się nadmiaru tej wody, co nie trwa długo: zaledwie kilka minut gotowania (Uwaga: przypala się; mieszać zanim się zacznie gotować!). Serwatka jest również smaczna, ale jej nadmiar, w przypadku produkcji jogurtu i sera, nie jest korzystny: odnośnie nadmiaru wody.

Przechowywanie i doprawianie

Mleko sojowe, tak jak każde mleko, przechowuje się przeważnie w lodówce. Jeżeli jest zawekowane, można przechowywać je całymi miesiącami. Ale jeżeli nam się „samoistnie” zważy, to bezwzględnie wylewamy je do zlewu. Zważyć się, ma prawo; jeżeli je – umyślnie – zaszczepimy bakteriami których pochodzenie znamy: bakteriami jogurtu.

Na 1 litr mleka można dodać szczyptę soli. Ale uwaga: wypraktykowałem że sól himalajska (ta różowa) powoduje czasami ważenie się tego mleka. Ja stosuje tylko polską sól kłodawską; tą kamienną. Ta sól nigdy nie spowodowała zważenia się tego mleka. Sól w mleku sojowym jest ważna również dla smaku. Nawet gdy przyrządzamy słodkie kakao, niewielka ilość soli spowoduje wyciągniecie z mleka sojowego, smaku. Mleko krowie ma już naturalnie większą ilość soli (chlorku sodu). Sojowe, trzeba trochę uzupełnić w tą sól.

Smacznego i na zdrowie

Z tym mlekiem, można robić dokładnie wszystko to co z krowim. Po za tym, nie ma w nim tego co w krowim mleku jest dla nas ludzi szkodliwe: paskudnej rakotwórczej dla ludzi krowiej kazeiny i – przede wszystkim z uwagi na zanik u dorosłych enzymu laktazy – w mleku sojowym nie ma laktozy (cukru mlecznego) która nawet jeżeli jest rozkładana enzymem – deficytową u ludzi laktazą, u niektórych ludzi obciążonych genetycznie, powoduje odkładanie się w organizmie jej produktu – galaktozy – która z kolei powoduje u nich chorobę galaktozemię.

Ale przede wszystkim: mleko sojowe ma identyczne właściwości fizykochemiczne i podobny smak, oraz skład, do mleka krowiego. Z okary (odpadu który ja najczęściej wyrzucam na kompost), można zrobić smaczne okarowe ciasteczka. Samo mleko sojowe, prawdopodobnie z uwagi na naturalną zawartość fito-estrogenów, zalecane jest szczególnie dla mężczyzn w średnim wieku, zagrożonych rakiem prostaty. Podobno dzieciom – jak twierdzi mięsożerny Jerzy Zięba – można je podawać tylko przefermentowane: nie wiem czy to jest prawda, czy kolejny mit; mit który „rozkłada na łopatki” doświadczenie matek z Wegedzieciak.pl. Ale na pewno: ser na naturalnych bakteriach probiotycznych i jogurt (którym przeznaczę oddzielny art.) – z tego mleka sojowego, z całą gamą witamin z grupy B produkowanych przez bakterie jogurtu, pełnowartościowym białkiem i lecytyną sojową – substancją niezbędną do prawidłowego funkcjonowania kory mózgowej – jak pokazują doświadczenia matek i rodzin wegańskich – do spożycia przez dzieci, się jednak nadaje w stu procentach.

Koniec

Kolejny już raz dotarły, na ten skraj lasu, który stale odwiedzały. Aż któregoś dnia, spotkały na nim ogromną łaciatą krowę. Skubała trawę, a pod nią stał cielak i ją ssał.

– Mamusiu! Ten cielak wyssie z tej krowy życie? – spytała przerażona dziewczynka.

– Nie córuś. Nie bój się. On nie jest wężem ludzi ze starego świata; jest jej szczęściem, tak jak ty moim.

Minęły łąkę i dotarły do już leciwej jabłoni antonówki; obok której wisiała furtka. Otwarły ją i weszły wprost do pachnącego, skąpanego w słońcu i wilgotnym powietrzu ogrodu. Usiadły na ławce, żeby odpocząć i coś zjeść. Ledwo zdążyły coś przełknąć i…

– Chmury idą. Zbiera się na deszcz. Pospieszmy się bo nam ziarno zmoknie! – krzyknęła z ponagleniem matka.

– Ciągniemy za nie jak te węże ze starego świata, mamusiu… – zaśmiała się z radością.

– W przyszłym roku, jeszcze przed świętem ojców ogrodników, twój tatuś zwróci je Ziemi, aby powstało z nich nowe szczęście. A jeszcze dziś, córeczko, będzie z nich mleko na ser i jogurt dla ciebie i twojego braciszka Jutrzenki.

  Waldemar T. Laskowski

Linki:

Doświadczenia matek: http://wegedzieciak.pl/viewtopic.php?t=15110

https://pl.wikipedia.org/wiki/Galaktozemia

https://pl.wikipedia.org/wiki/Laktaza

http://veganandvain.blogspot.com/2013/03/ciasteczka-kokosowo-okarowe.html

 

==================================================================

Swobodne rozpowszechnianie powyższego artykułu, polegające na jego przedruku – wszelkiego rodzaju powielaniu i publikacji gdziekolwiek indziej, możliwe tylko po podaniu adresu internetowego do artykułu źródłowego, lub podaniu adresu strony źródłowej z której on pochodzi. Oto link do strony źródłowej: https://waldorfus.wordpress.com/

Oraz: podaniu pełnej nazwy autora, zachowaniu oryginalnego tytułu – takiego jaki został wydrukowany na stronie źródłowej, oraz zachowaniu tekstu i grafiki w takim stanie, jakim zostały wydrukowane na stronie źródłowej. Wszelkie zmiany w tym artykule, np. polegające na skróceniu tekstu, możliwe tylko za zgodą autora.

==================================================================

Reklamy